O mocy słów

O mocy słów

Weekendowy łyk inspiracji.

O słowach myślimy zwykle jak o etykietach, które po prostu nazywają rzeczy i opisują rzeczywistość. Tymczasem neuronauka stawia sprawę jasno: słowa, które słyszymy, aktywnie wpływają na pracę i strukturę naszego mózgu. To, jak zwracamy się do dzieci i innych ludzi, realnie kształtuje ich emocje, poczucie bezpieczeństwa i sposób myślenia o sobie. Podobnie - słowa, które sami wypowiadamy o sobie, oddziałują na nas znacznie silniej, niż zdajemy sobie sprawę.

Nieco historii

Choć dziś mamy tendencję do traktowania słów jako zwykłych „etykiet”, przez wieki w wielu kulturach nie postrzegano ich jako narzędzi do opisu rzeczywistości, lecz jako czynnik, który ją współtworzy. Wierzono, że błogosławieństwo uruchamia dobro i pomyslność, których miała doświadczyć dana osoba, a klątwa mogła realnie zagrażać jej zdrowiu, pozycji społecznej, a nawet życiu!

W społecznościach tradycyjnych błogosławieństwo starszyzny, szamana lub rodzica nie było uprzejmym życzeniem, lecz aktem ochronnym. Wypowiadano je przed polowaniem, nad nowo narodzonym dzieckiem czy przed wejściem w dorosłość lub małżeństwo. Wierzono, że dobrze wypowiedziane słowo „osadza się” w człowieku, chroni go i towarzyszy mu przez całe życie.

Podobne przekonanie odnajdujemy w tradycji biblijnej, gdzie błogosławieństwo ojca nad synem miało charakter nieodwołalny - raz wypowiedziane, nie mogło zostać cofnięte ani „poprawione”. Pokazuje to, jak silna była wiara w to, że słowo wypuszczone w świat zaczyna żyć własnym życiem i wywiera realny wpływ na przyszłość człowieka.

Strach przed klątwą

W wielu kulturach istniało też przekonanie, że złe słowo może sprowadzić chorobę, odebrać siły życiowe lub naruszyć porządek społeczny. W średniowiecznej Europie ekskomunika i klątwa papieska były narzędziem realnej władzy, przed którym drżeli nawet królowie i możnowładcy. Słowo potrafiło zmieniać bieg wydarzeń politycznych i relacje społeczne.

Skrajnym, a jednocześnie dobrze udokumentowanym przykładem jest zjawisko tzw. śmierci voodoo, czyli sytuacja, w której osoba przekonana, że została przeklęta, umierała mimo braku fizycznej przyczyny. Współcześnie tłumaczymy to mechanizmem nocebo, w którym negatywne oczekiwania uruchamiają realne reakcje biologiczne: wzrost poziomu kortyzolu, zaburzenia pracy serca czy osłabienie odporności. Nasze ciało reaguje na słowa tak, jakby były one faktycznym zagrożeniem.

A co na to współczesna nauka?

Choć opisane wyżej praktyki i wierzenia są traktowane jak gusła i zabobony, współczesna psychologia i neuronauka potwierdzają intuicję naszych przodków: ciało naprawdę „słucha” słów, nawet wtedy, gdy racjonalnie w nie nie wierzymy. Oczywiście, kluczowa jest tu nasza interpretacja i kontekst - jeśli ktoś nas obraża w języku, którego nie znamy i nie rozumiemy przekazu, nasze ciało nie zareaguje. 

Jak pokazują badania m.in. Lisy Feldman Barrett, uznanej badaczki mózgu i autorki książki Seven and a Half Lessons About the Brain, język wpływa nie tylko na nasze emocje, lecz także na procesy fizjologiczne - w tym na działanie układu odpornościowego. W jaki sposób? Słowa mogą wywołać wyrzut kortyzolu lub oksytocyny, co bezpośrednio wpływa na naszą odporność.

Badania jasno pokazują też, że język nie jest dodatkiem do myślenia, ale jego integralną częścią. Konkretne komunikaty aktywują określone sieci neuronalne. Gdy słyszymy słowa wsparcia, mózg funkcjonuje zupełnie inaczej niż w sytuacji krytyki, presji czy zawstydzania. Szczególnie silnie reaguje układ limbiczny - obszar odpowiedzialny za emocje i poczucie bezpieczeństwa. A bez poczucia bezpieczeństwa mózg przechodzi w tryb przetrwania, w którym uczenie się jest znacznie utrudnione.

Wewnętrzny głos

W kontekście mocy słów warto wspomnieć też o procesie internalizacji. To mechanizm, w którym słowa dorosłych stopniowo stają się wewnętrznym dialogiem dziecka. Jeśli młody człowiek często słyszy: „ciągle robisz błędy”, „nie masz talentu do języków” czy „nigdy się tego nie nauczysz”, z czasem zaczyna mówić do siebie – i mysleć o sobie dokładnie w ten sam sposób.

Profesor Carol Dweck z Uniwersytetu Stanforda, autorka książki Mindset, przekonuje, że sposób, w jaki chwalimy i oceniamy dzieci, prowadzi do wykształcenia jednego z dwóch rodzajów nastawienia. Z jednej strony jest to nastawienie na trwałość (fixed mindset) – przekonanie, że zdolności są dane raz na zawsze  i nie mamy na nie większego wpływu. Z drugiej strony nastawienie na rozwój (growth mindset), czyli wiara, że umiejętności można stopniowo wypracować.

Poprzez komunikaty takie jak: „to było trudne zadanie”, „jeszcze się tego uczysz”, „widzę postępy w Twojej wymowie”, budujemy właśnie to “rozwojowe” nastawienie. Dajemy dziecku narzędzia do mierzenia się z trudnościami, zamiast jedynie etykietować jego możliwości. Od języka, którym mówimy do dzieci, zależy w dużej mierze to, czy wyrosną na dorosłych z otwartą głową, gotowością do podejmowania wyzwań i wiarą w siebie, czy też rozwiną w sobie fatalistyczne podejście do własnych możliwości.

Od słowa do słowa…

Słowa naprawdę mają moc. Potrafią inspirować, dodawać skrzydeł i budować relacje - ale mogą też je podcinać i niszczyć. To one współtworzą charakter, sposób myślenia i gotowość do podejmowania wyzwań. Dlatego tak ważne jest, by używać ich świadomie i odpowiedzialnie. Szczególnie w rodzinie i w pracy z dziećmi, by mogły iść przez życie z odwagą, bez ograniczających uprzedzeń i z wiarą we własne możliwości. Bo sporo prawdy jest w znanym dowcipie o studencie, który rozwiązał zadanie, z którym nikt wcześniej nie dał sobie rady - bo nikt mu nie powiedział, że to niemożliwe!

Zobacz podobne wpisy