Kto wymyślił szkolne oceny? Historia, która może Cię zaskoczyć

Kto wymyślił szkolne oceny? Historia, która może Cię zaskoczyć

Koniec roku to czas, kiedy oceny budzą szczególne emocje. Przez Polskę przetoczyła się debata w kwestii darmowych lodów za świadectwo z paskiem - i interwencji Rzecznika Praw Dziecka. A potem także spór o samą zasadność pasków na świadectwie. Dorośli debatują, tymczasem uczniowie (choć czasem także rodzice) walczą o jak najwyższą średnią, bo każdy dodatkowy punkt może zadecydować o dostaniu się do wymarzonego liceum.

Oceny są tak naturalnym elementem szkoły, że rzadko zadajemy sobie pytanie: skąd właściwie się wzięły? Kto wpadł na pomysł, żeby czyjąś wiedzę, wysiłek i rozwój zamknąć w jednej cyfrze lub literze? Odpowiedź jest zaskakująca, a historia ocen jest znacznie krótsza, niż mogłoby się wydawać. I wcale nie zaczęła się od troski o ucznia.

Szkoła bez ocen? 

Edukacja istnieje od tysięcy lat (choć nigdy nie była tak masowa jak dziś i w gruncie rzeczy ograniczała się jedynie do elit), ale szkolne stopnie są stosunkowo młodym wynalazkiem. W starożytności, średniowieczu czy nawet we wczesnej nowożytności uczniowie nie otrzymywali ocen w postaci cyfr ani liter. Pracowali indywidualnie lub w bardzo małych grupach, a nauczyciel znał każdego z nich osobiście i na bieżąco obserwował postępy. Jeśli uczeń nie opanował materiału - ćwiczył tak długo, aż osiągnął wymagany poziom.

Najważniejszą formą sprawdzania wiedzy były egzaminy ustne, publiczne dysputy i rozmowy z mentorem. Liczyło się nie to, jaką cyfrę można wpisać do dziennika, lecz to, czy uczeń potrafi obronić swoje stanowisko, wyjaśnić problem i wykazać się myśleniem. Przez setki lat nikomu nie przyszło do głowy, by zamieniać postępy ucznia na liczby. Kiedy więc to się zmieniło? I dlaczego?

Pierwszy krok: Yale i praktyczny pomysł rektora

Historia współczesnego oceniania zaczęła się pod koniec XVIII wieku - i to nie w Europie, lecz w Ameryce. W 1785 roku prezydent Uniwersytetu Yale, Ezra Stiles, przeprowadzał egzaminy dla dość licznej grupy studentów. Chciał w prosty sposób porównać osiągnięcia poszczególnych osób, dlatego podzielił ich na cztery grupy, posługując się łaciną:

  • Optimi -  najlepsi,
  • Secundi optimi  - drudzy najlepsi,
  • Inferiores boni - słabsi, ale nadal dobrzy,
  • Pejores - najsłabsi.

Dziś taki podział nie wydaje się rewolucyjny, ale wówczas był prawdziwą nowością. Po raz pierwszy odejście od opisowej, indywidualnej oceny ucznia zostało zastąpione formalną klasyfikacją. I choć nie były to jeszcze stopnie szkolne w dzisiejszym rozumieniu, był to ważny krok w kierunku współczesnego systemu oceniania.

Cambridge i narodziny punktów

Kilka lat później wydarzyło się coś, co wielu historyków edukacji uznaje za początek nowoczesnego oceniania.

W 1792 roku na Uniwersytecie Cambridge tutor i egzaminator William Farish zaczął stosować punktowy system oceniania prac pisemnych. Wcześniej profesorowie oceniali studentów głównie podczas bezpośrednich rozmów i egzaminów ustnych. Jednak liczba studentów rosła, a rozmowa z każdym wymagała czasu. Przypisanie liczby do pracy pisemnej było znacznie szybsze: można było sprawdzić dziesiątki prac, porównać wyniki i uszeregować studentów bez konieczności prowadzenia długich dyskusji.

I właśnie wtedy pojawiła się idea, która do dziś jest fundamentem szkolnych ocen: wiedzę można zmierzyć, przeliczyć i porównać.

Warto jednak podkreślić, że motywacja towarzysząca nowemu podejściu była przede wszystkim praktyczna, a nie pedagogiczna: system punktowy pozwolił wykładowcy prowadzić zajęcia z większą liczbą studentów w krótszym czasie. Był usprawnieniem i rozwiązaniem organizacyjnym, a nie narzędziem wspierającym naukę.

Rewolucja przemysłowa zmieniła nie tylko fabryki

Dlaczego oceny zaczęły się tak szybko rozpowszechniać? Odpowiedzi należy upatrywać w zachodzących wówczas przemianach społecznych. 

Przełom XVIII i XIX wieku to czas rewolucji przemysłowej. Powstawały fabryki, rozwijały się miasta, a państwa tworzyły systemy powszechnej edukacji. Edukacja przestała być dobrem przeznaczonym wyłącznie dla elit - do klas trafiały setki, a wkrótce tysiące dziec, bo rozwijający się przemysł potrzebował wyedukowanych pracowników.

W nowych warunkach nauczyciel nie był już w stanie poświęcić każdemu uczniowi tyle uwagi, ile dawniej. Potrzebował więc narzędzia, które pozwoli szybko ocenić postępy dużej grupy.

Ocena stała się właśnie takim skrótem. Jedna liczba pozwalała w kilka sekund określić, czy uczeń spełnia wymagania programu. Uczniów podzielono na roczniki. Wszyscy realizowali ten sam program. Lekcje odbywały się według określonego harmonogramu, a oceny pełniły funkcję podobną do kontroli jakości w fabryce.

Cyfra zamiast opisu

Oceny okazały się wygodne nie tylko dla nauczycieli i szkół. Uniwersytety, pracodawcy i urzędy również potrzebowały prostego sposobu porównywania kandydatów pochodzących z różnych szkół i miast. Wyobraźmy sobie, że każda szkoła wysyła kilkunastostronicową opinię o swoim absolwencie. Przeczytanie ich wszystkich byłoby praktycznie niemożliwe. Znacznie łatwiej porównać średnią ocen. Właśnie dlatego system szybko zdobywał popularność na całym świecie.

Skąd wzięły się literki A, B, C... i dlaczego nie ma E?

Słynny amerykański system ocen literowych pojawił się stosunkowo późno i również ma ciekawą historię.

Pod koniec XIX wieku różne szkoły i uczelnie eksperymentowały z rozmaitymi skalami - jedni stosowali liczby, inni procenty, jeszcze inni własne oznaczenia. Za przełom uznaje się rok 1897, kiedy Mount Holyoke College w Massachusetts jako pierwsza uczelnia formalnie wdrożyła system ocen literowych.

Pierwotna skala używała liter od do E, gdzie E oznaczało niezdanie. Rok później jednak zmieniono E na F. Badacze wskazują, że studenci kojarzyli literę E ze słowem Excellent, czyli  doskonały -  i mylnie interpretowali ją jako ocenę pozytywną. Litera F, kojarząca się jednoznacznie z angielskim failed (oblany), nie pozostawiała już żadnych złudzeń.

W kolejnych dekadach system AF rozpowszechnił się w Stanach Zjednoczonych, a potem stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych sposobów oceniania na świecie.

A jak było w Polsce?

Na ziemiach polskich funkcjonowały różne systemy oceniania, zależnie od okresu historycznego i zaboru. W XIX wieku stosowano już stopnie określane słownie - od bardzo dobrego do niedostatecznego. Po II wojnie światowej system był wielokrotnie modyfikowany. Przez długi czas obowiązywała skala od 2 do 5, gdzie dwójka oznaczała ocenę niedostateczną. Dopiero reformy po 1990 roku doprowadziły do wprowadzenia współczesnej skali od 6 do 1. 

Czy oceny rzeczywiście pomagają się uczyć?

To pytanie, które pedagodzy zadają sobie od ponad stu lat. Już pod koniec XIX wieku część badaczy zwracała uwagę, że ocena nie zawsze pokazuje rzeczywistą wiedzę ucznia - ta sama praca mogła zostać oceniona różnie przez różnych nauczycieli.

Współczesna psychologia edukacji potwierdza to przekonanie: sama ocena nie mówi uczniowi, co zrobił dobrze, a co powinien poprawić. Nie pokazuje drogi - jedynie wynik. Dlatego coraz większą rolę odgrywa informacja zwrotna, ocenianie kształtujące, projekty, portfolio ucznia czy oceny opisowe, szczególnie w młodszych klasach.

Czy oceny powinny więc zniknąć? Nadal są potrzebne jako narzędzie organizacyjne - ułatwiają rekrutację do szkół, porównywanie wyników i podejmowanie decyzji - choć i tu nie brak krytycznych głosów, bo różne szkoły a nawet różni nauczyciele oceniają uczniów według różnych kryteriów. Problem pojawia się wtedy, gdy zaczynamy traktować oceny jako pełny obraz możliwości dziecka.

Więcej niż cyfra

Wracając do końca roku szkolnego i emocji towarzyszących świadectwom - warto pamiętać, że oceny nie powstały po to, by motywować dzieci do nauki ani mierzyć ich wartość. Ich pierwotnym celem było uporządkowanie pracy szkół, które musiały poradzić sobie z ogromną liczbą uczniów. Były narzędziem administracyjnym, a nie psychologicznym.

Dobra ocena może niewątpliwie być powodem do dumy i nagrodą za dobrą pracę oraz zaangażowanie. Słabsza ocena może natomiast wskazywać obszary wymagające poprawy. Żadna z nich nie jest jednak pełnym obrazem ucznia. Bo choć wiedzę można czasem zamknąć w cyfrze, ciekawości świata, kreatywności, wytrwałości czy umiejętności współpracy - już nie. A właśnie te kompetencje coraz częściej decydują o sukcesie w nauce, pracy i życiu!

Zobacz podobne wpisy